MUZYKA Z FILMU
"WARSAW BY NIGHT"

Muzyka z filmu 'Warsaw by Night' na Spotify

Muzyka z filmu 'Warsaw by Night' na iTunes

Kontakt

E-mail:
natalia@koryncka.pl

Koryncka.pl » Artykuły » "Czy będziesz wiedział, co przeżyłeś ?"

"Czy będziesz wiedział, co przeżyłeś ?"

Kino 5/1999

Rozmawia Małgorzata Sadowska

O "Amoku" mówi się "film o giełdzie". Czy Pani się z tym zgadza?

Jeśli do Amoku przylgnęła taka etykietka, jest to nieporozumienie. Na początku miałam pomysł na bohaterów; pierwszy o inteligenckich korzeniach, specyficznej wrażliwości, ten drugi jest jego przeciwieństwem, a jednocześnie odbiciem cech, które tamten też nosił w sobie, lecz z ich istnienia nie zdawał sobie sprawy. Chciałam, żeby film opowiadał o grze między ludźmi, szukałam więc przestrzeni, w której mogłoby dojść do spotkania i konfrontacji. Giełda, jako miejsce, gdzie się gra, wydało mi się dobrym tłem do opowiedzenia historii Maćka i Maksa. Obie postaci powstały w mojej głowie, konstruowałam je ze współscenarzystą Amoku Robertem Brutterem i dopiero później, po rozmowach z graczami giłedowymi- szalenie ciekawymi ludźmi- "doklejałam" do bohaterów zebrane informacje, dodawałam prawdopodobne szczegóły. Gracze mówili mi, co mogłoby się zdarzyć, a co nie, co jest możliwe, a co na pewno nie.

Czy podczas rozmów z graczami pomyślała pani, wytrawna dokumentalistka, że giełda to dobry temat na dokument?

To, co na giełdzie najciekawsze, nie da się sfotografować. Kamera nie jest w stanie zarejestrować przepływu informacji, manipulacji itp. Owszem, był taki czas, w 1992 r.- właśnie wtedy toczy się akcja filmu- kiedy na polskiej giełdzie działy się różne dziwne rzeczy. Wtedy warto byłoby robić dokument. Teraz giełda się ustabilizowała i żadne spektakularne zdarzenia nie mają już miejsca. A poza tym nie sądzę, żeby gracze, którzy w prywatnej rozmowie opowiadali niewiarygodne wprost historie, chcieli o tym mówić przed kamerą.

Czy zamierza pani definitywnie porzucić dokument?

Nie chciałam zostać tylko przy dokumencie, zawsze interesowało mnie opowiadanie historii. Owszem, lubię rzeczywistość i bardzo pociąga mnie to, co się dzieje w świecie. Wciąż wydaje mi się, że istnieje mnóstwo zjawisk, których warto dotknąć, ale marzyłam również o fabule. Nie jestem osobą specjalizującą się w jednej formie filmowej- mogę robić dokumenty, reklamówki, filmy fabularne. Wybór formy zależy od tego, co się chce powiedzieć.

Wiele osób uważa, że zajmowanie się reklamówkami jest rodzajem zdrady wobec zawodu.

Nie zgadzam się. Reklama też jest zadaniem, pozwala wiele się nauczyć i zorientować w technicznych nowinkach. W przypadku reklamy istnieje niebezpieczeństwo: sądzimy, iż zrobimy kilka filmików, a potem okazuje się, że jest to bardzo zazdrosny świat, któremu trzeba się poświęcić i oddać- jak wszystkiemu. A gdy człowiek mu się odda, już nie wraca.

Od kogo uczyła się pani dokumentu?

Nie mam nauczyciela ani mistrza, podobają mi się filmy różnych osób. Jeśli jednak musiałabym wskazać kogoś, kogo darzę największym podziwem, to pewnie będzie to Kieślowski. Odpowiada mi jego wizja świata. W szkole moich nauczycielem był Kazimierz Karabasz, cenię jego filmy i wrażliwość.

Czy szkoła filmowa była dla pani ważnym miejscem?

O tyle, o ile pozwalała na realizowanie filmów. Robiliśmy kilka ćwiczeń rocznie: telewizyjnych, dokumentalnych, fabularnych. Nabywanie doświadczenia było dla mnie najważniejsze- może na równi z oglądaniem filmów, a oglądaliśmy po kilka dziennie. Zawodu reżysera nie można nauczyć się z książek, przede wszystkim trzeba praktykować. W szkole wpajano nam mnóstwo reguł, np. że pewne rzeczy nie montują się z innymi, a potem okazało się, że jest odwrotnie... Myślę, że coraz lepsze filmy robi się nie dzięki zdobywaniu wiedzy, ale gromadzeniu doświadczenia. Niektórzy twierdzą, że w szkole istotny jest kontakt z osobowościami. Mnie to nigdy nie było potrzebne.

Traktuje pani swój zawód bardzo poważnie?

Staram się i czasami się załamuję.

Prowadzi pani dzienniczek reżysera, jak kazał Kieślowski?

Prowadziłam, lecz nie wystarczyło mi cierpliwości. Czasem tylko zapisuję sobie różne obrazki i pomysły.

Jak wpadła pani na pomysł filmu "Bezprizorni" o bezdomnych dzieciach z Petersburga?

Lidia Ostałowska napisała o tych dzieciach reportaż, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Sprawy ludzi bezdomnych, odtrąconych, nie znajdujących swojego miejsca, są bliskie mojemu sercu, głęboko mną wstrząsają. Pojechałyśmy z Lidką do Petersburga, ona pomogła mi dotrzeć do dzieci i odnaleźć człowieka, który stał się bohaterem filmu: doktora Seredy. Okazał się niezwykłą osobą, która w świecie pozbawionym wartości wciąż jest człowiekiem i ofiarowuje człowieczeństwo bezdomnym dzieciom.

Robiąc "Bezprizornych" musiała pani zagłębić się w świat skrajnej biedy, narkotyków, przemocy. Nie bała się pani posądzeń o "żerowanie" na tym nieszczęściu?

Jeśli robi się filmy dokumentalne, nieuniknione jest pokazywanie świata, którego nie jesteśmy w stanie przeczuć, choć jest tak blisko nas. Mimo iż zdaję sobie z tego sprawę, po strasznych rzeczach, które zobaczyłam w Rosji, na długo straciłam chęć robienia dokumentów. Miałam wrażenie, że uczestniczę w swego rodzaju safari, nawet chciałam, żeby film opowiadał właśnie o tym. Do Petersburga przyjeżdża całe mnóstwo ekip telewizyjnych i owe bezdomne dzieci szybko zrozumiały, że są "przemysłem". Ich sposób koegzystencji z zagranicznymi ekipami wydał mi się przerażający: widzieliśmy Duńczyków dających im pieniądze na klej, aby potem móc sfilmować, jak dzieci ten klej wąchają. My postanowiliśmy, że będziemy dawać tym dzieciom tylko jedzenie albo ubrania, ale i tak nie mogłam się pozbyć uczucia, że jesteśmy jednak hienami, które przybywają i pokazują. Bardzo mi to przeszkadzało, nie chciałam być hieną.

Jednak ludzie właśnie takie sensacyjne rzeczy pragną oglądać. Oto przeżywamy w Polsce wielki renesans dokumentu, ludzie zaczęli chętnie oglądać filmy prezentowanie w "Czasie na dokument" Andrzeja Fidyka. Okazuje się jednak, że największe zainteresowanie wzbudził film skrajny- "Arizona" Ewy Borzęckiej.

Prawdopodobnie dlatego odsunęłam się od dokumentu. Istnieje dziś społeczne przyzwolenie, wręcz oczekiwanie, że ktoś, kto robi dokument, przekroczy kolejne tabu, kolejną granicę. Pokaże jak ktoś umiera, albo kocha się inaczej. Wydaje mi się to obrzydliwe, nie chcę przekraczać granic i nie chciałabym staś się ofiarą takiego przekraczania. Życie ma wiele odcieni i nie trzeba koniecznie szokować. Niestety, mam wrażenie, że jestem w mniejszości.

Czy film fabularny też przynosi tyle wątpliwości?

Fabułę robi się łatwiej. Ma się do czynienia z aktorami, z którymi jest się umówionym na pewne rzeczy i wszystko jest jasne. Nie obcuje się z delikatną materią czyjegoś życia, jest więc prościej pod względem psychicznym. Jedyny problem to ten, że fabuł nie da się robić często.

W którym momencie wiadomo, że kolejna wersja scenariusza jest już właściwą i ostateczną?

Nigdy! Do samego końca chce się go zmieniać. Oczywiście od momentu, w którym powstał scenopis "Amoku", wiedziałam, że nie ma już czasu na zmiany. I choć jeszcze w trakcie realizacji miałam straszną ochotę na wprowadzenie poprawek, nie zrobiłam tego.

Jak pani rozumie słowo "amok"?

To stan, w którym człowiek traci kontrolę nad tym, co się z nim dzieje, nie panuje nad zdarzeniami.

Tym człowiekiem w pani filmie jest Maciek?

Tak. Zależało mi na tym, aby stawiać go w sytuacjach wyboru i pokazać, że Maciek nie jest w stanie do końca podjąć żadnej decyzji. Chciałam, żeby film miał otwarte zakończenie i pozostawiał nas w poczuciu, że wszystko się może jeszcze zdarzyć, że Maciek wciąż buduje swoją tożsamość. Każda kolejna prowokacja Maksa, każda sytuacja, w którą wrzucał Maćka, miała być swego rodzaju próbą. Maciek odpowiadał na pytanie: kim jestem? To było dla mnie najważniejsze: pokazanie człowieka już ukształtowanego, pochodzącego z rodziny, która przekazała mu określony system wartości, a mimo to pogubionego i nie zdającego sobie sprawy z własnej sytuacji, traktującego wszystko, co mu się przydarza, w kategoriach zabawy. Kluczem do postaci Maćka był dla mnie moment, w którym on uświadamia sobie, że ta zabawa to jego życie, że przekroczył pewną granicę.

Czy sądzi pani, że w podobnej sytuacji może się znaleźć każdy?

Znam ludzi, w których życiu coś się dzieje, a oni nie do końca zdają sobie sprawę, że dotyczy to ich egzystencji, to część ich życia. Akceptują sytuacje, które są przeciwko nim. Swego czasu prof. Maria Janion napisał tekst "Czy będziesz wiedziała, co przeżyłaś?". Te słowa stały się swego rodzaju mottem mojego filmu. Zależało mi na tym, aby Maciek wreszcie zrozumiał, że od jego decyzji zależy, co się wydarzy, że on w tym wszystkim uczestniczy.

Przeciwieństwem Maćka jest Maks, mający wyraźnie mefistofeliczne rysy. Czy to Mirosław Baka uczynił go diabolicznym, czy takie było założenie scenariusza?

Maks od początku był pomyślany jako cień, szatan- ktoś, kto wystawia na próbę. Dopiero później zaczęliśmy go "uczłowieczać", łamać, szukać dla niego usprawiedliwienia, jako człowiek Maks wydawał się zresztą ciekawszy. Wprawdzie wyobrażałam go sobie jako postać bardzo drapieżną, mocno zarysowaną, ostrą, ale Mirek Baka walczył i Maksa, chciał pokazać jego słabość, stworzyć pozytywnego bohatera. Nie chciał być tylko cieniem.

Czy fakt, że Maciek nie umie poradzić sobie z życiem, może być po prostu efektem jego niedojrzałości?

Z całą pewnością. Podobnie bywało z chłopakami, z którymi rozmawiałam na giełdzie- mieli mnóstwo pieniędzy, a jednocześnie nie umieli w sposób dojrzały być właścicielami fortun. Później różnie się to kończyło: narkotykami, dewiacjami, alkoholem. Okazuje się, że nieoczekiwanemu bogactwu też trzeba umieć sprostać, że nawet w pozornie komfortowej sytuacji można się zaplątać i zgubić. To wszystko wiąże się z pewnym zjawiskiem, które ostatnio obserwuję- coraz rzadziej oceniamy w kategoriach moralnych nasze postępowanie, nasze decyzje przestały mieć charakter etyczny. To, co robimy, nie znajduje już rezonansu w naszym sumieniu. Zamazuje się to, co kiedyś było jednoznaczne. Cień, czy też Diabeł, jest w świecie obecny od zawsze. Dziś jego obecność stała się bardziej odczuwalna.

Interesuje panią zło?

Istnienie zła jest dla mnie najważniejszym tematem. Sądzę, że pójdę tą drogą i następny film będzie właśnie o złu. Przede wszystkim interesuje mnie sposób, w jaki zło istnieje, jak zmienia swoje oblicze- czego świadkami jesteśmy dzisiaj. Zresztą całkiem niedawno kościół katolicki zmienił rytuał egzorcyzmów, aby przystosować go do współczesnego diabła...Postrzegam świat jako arenę walki dobra ze złem i- pewnie zabrzmi to strasznie ponuro- uważam, że teraz walka staje się udziałem nas wszystkich. Każdy będzie musiał to w sobie rozstrzygnąć. Myślę, że podobne uczucia towarzyszą dziś wielu osobom- poczucie, że coś się zagęszcza, że nie czujemy się bezpieczni i nie wiemy dlaczego.

Czy oznacza to, że zło nie jest pewnym faktem międzyludzkim, a osobnym bytem?

Myślę wręcz, że zło jest osobowe... Z pewnością jest to godne opisania. Przygotowuję scenariusz na ten temat. Oczywiście bardzo trudno jest w filmie opowiedzieć o mentalnych przemianach, zaniku duchowości itp. zwłaszcza, że kino służy przede wszystkim rozrywce. Będę musiała się z tym zmierzyć, będzie to tym trudniejsze, że jestem dopiero na początku drogi i nie mam ugruntowanej pozycji w kinie.

Istnieje pogląd, że w Polsce strasznie trudno jest zadebiutować w filmie fabularnym. Zgodzi się pani z tym?

Myślę, że nie powinnam narzekać: od momentu, gdy z Robertem Brutterem rozpoczęliśmy pisanie scenariusza do "Amoku" do rozpoczęcia zdjęć minęły dwa lata. To nie jest tak dużo. Oczywiście po drodze trafia się na całą masę trudności, przede wszystkim finansowych. Niemal do końca nie wie się, czy film powstanie, czy nie. Debiutantowi bardzo trudno jest obronić swoją wizję filmu, bo nagle wszyscy chcą ją zmienić, a każdy po swojemu. Zawsze przychodzi moment, w którym trzeba się zdecydowania przeciwstawić i zawalczyć o swoje. To dość koszmarne doświadczenie.

Trudno być reżyserem-kobietą?

Nigdy nie miałam z tym problemów. Nie byłam ani dyskryminowana, ani wyśmiewana. Owszem, reżyserami zostają przede wszystkim mężczyźni- po prostu dlatego, że jest to piekielnie ciężka praca, wymagająca ogromnych wyrzeczeń. Jeśli kobieta chce mieć dziecko, nie powinna wykonywać tego zawodu- ja mam dziecko i wiem, że próba pogodzenia pracy i macierzyństwa jest prawdziwą gehenną. Wiele kobiet nie chce podejmować takiego wysiłku- i mają rację.